Wydawało mi się, że wybierając się na pchli targ, zawsze jestem otwarta.
Nigdy nie nastawiałam się na konkretne zakupy.
Wręcz przeciwnie, spacerując między kolejnymi stoiskami,
czekałam aż coś mnie zachwyci, w jakiś sposób zaczaruje.
Dzisiaj zaczarował mnie ten oto dzbanuszek do herbaty.
Jego rączka wydała mi się bardzo dziwna, zupełnie od czapy,
z drutu - jakby ktoś ją dorobił.
Ale stwierdziłam, że 8 zł to nie majątek,
w związku z tym później będę się zastanawiała nad rączką.
Przy kolejnym stoisku ktoś zastanawiał się nad tym dzbankiem,
ale go odłożył z powodu braku pokrywki.
I wtedy doznałam olśnienia :)
Po co mi pokrywka.
Ba! Po co mi ten dzbanek.
Jego rączka jest mi potrzebna!
I oto efekt - wyszorowany dzbanuszek, wymieniona rączka.
I co?
Moim zdaniem ekstra :)
Powinnam teraz zrobić piękne sesje herbaciane z tym naczyniem.
Ale znowu deficyt czasowy się kłania.
Cały czas mam nadzieję, że kiedyś to nadrobię.
A ponieważ w tle poprzednich zdjęć przemknęły się pozostałe łupy,
to przedstawiam Wam czarno-białą miseczkę i filiżankę
(wiecie, że mam słabość do rzeczy czarno-białych) oraz
...malutki wazonik i ceramiczną gruszkę.
I jeszcze taki kubeczek mi się trafił.
Z dekoracją, jak wyhaftowaną krzyżykami.
Cieszą mnie takie drobiazgi bardzo.
Do tego stopnia, że podczas moich wypadów na targ
bardzo muszę się pilnować i nie ulegać emocjom,
bo powoli miejsca brakuje.
Najlepiej nie chodzić, ale jak? - skoro własny mąż mnie namawia :)
Elli