Tak jak wiele z nas zaglądam na wiele blogów w celu inspiracji. Czasem jest to fajne wnętrze z neta, czasem pomysł jak zrobić coś z niczego, albo coś niewielkim kosztem, czasem ładnie zakomponowane zdjęcie (uczę się, cały czas uczę się, chociaż z moim aparacikiem wiele zaszaleć nie można).
Ostatnio jednak trafiłam na coś zupełnie innego - Attea Atea w swoim poście TUTAJ (klik) zarekomendowała książkę Reginy Brett "Bóg zawsze znajdzie ci pracę". Nie wierzę w cuda, ale ponieważ od dłuższego czasu poszukuję pracy, i jak na razie bez efektu, stwierdziłam, że warto zajrzeć - może uświadomię sobie, gdzie popełniam błąd.
Warto zaglądać do różnego rodzaju poradników. Kilka ładnych lat temu miałam efekt wypalenia zawodowego (wiele lat w jednej pracy, brak zadowolenia finansowego, powtarzalność obowiązków - to wszystko złożyło się na to, że niechętnie wstawałam do pracy, a jednocześnie bałam się coś z tym zrobić).
Wtedy trafiłam na książkę Uschi Fellner "Być kobietą z klasą". Nie wiem, czy jest obecnie dostępna (moja wydana jest sporo lat temu), ale gorąco ją polecam. Rady i wskazówki w niej zawarte nadal są bardzo na czasie. Zawiera wiele wskazówek i trików jak być tytułową "kobietą z klasą" - chodzi o image, styl, wygląd, zakupy. Ale także: jak robić karierę, jak się odprężać, jak postępować z rywalkami, jak przejrzeć triki mężczyzn itd.
I tu pomógł mi rozdział "jak budować swój image" i wskazówka, że "skromność nie jest ozdobą". Co się za tym kryje? Trzeba umieć się sprzedać, nasz image musi być starannie zbudowany i utrzymany. Co nie znaczy, że mamy się przechwalać, ale też nie chować w cieniu. Marka samochodu służbowego, wielkość biura itd. jako symbole statusu sugerują naszą określoną wartość. Nasz image między innymi buduje prestiż firmy, w której pracujemy. Zastanowiłam się, popatrzyłam na moją firmę i na swoje miejsce w niej, oczami osoby postronnej. I znalazłam plusy swojej pracy.
Firma prestiżowa, sprowadzająca luksusowy towar z USA, miałam własny pokój (bardzo duży, ciepły, wygodny), najlepszy sprzęt do dyspozycji, pensję bez opóźnień, biuro mieściło się w starej pięknie odnowionej willi w bardzo dobrej dzielnicy miasta, no i miałam pięć minut pieszo do pracy. Chyba sporo plusów.
Zaakceptowałam na nowo siebie w tym miejscu, co pozwoliło mi przepracować jeszcze wiele lat w tej firmie bez niechęci porannego wstawania do pracy.
Rozpisałam się o przeszłości, a tu teraźniejszość mnie dogania.
Znowu byłam na rozmowie kwalifikacyjnej, i znowu nic.
Kołacze mi w głowie pytanie kilkakrotnie zadane przez przedstawiciela pracodawcy:
Ale dlaczego chce Pani u nas pracować?
Bo znana, stabilna firma budżetowa. Bo mam kwalifikacje, jakich oczekuje pracodawca. Bo mam duże doświadczenie, które mogłabym w ich firmie wykorzystać z korzyścią dla obu stron. Bo liczę na rozwój (nie za bardzo, oferta dotyczyła umowy na czas zastępstwa). Bo świetnie płacą (guzik prawda, niewiele ponad minimalną krajową). Bo miałabym blisko do pracy (czy to jest argument dla nich, czy dla mnie?). Bo odpowiadają mi godziny pracy (znowu argument bardziej dla mnie). Bo w końcu (do cholery) gdzieś muszę dopracować do tej emerytury, a trochę jeszcze lat zostało...
Jakiej odpowiedzi oczekuje ten przedstawiciel pracodawcy???
Siadam do książki Reginy Brett, może jakoś odnajdę się w tej chorej sytuacji.
Herbatka parzy mi się w ulubionym kubku. Muszę jeszcze tylko wyrobić sobie nawyk zapalania świeczek bez okazji. Mam pełno świeczek i świeczników, a wcale ich nie używam. Stoją jedynie jako dekoracja. Czas to zmienić :)))
Elli
PS.
Pisałam ten post z myślą, że raczej go nie opublikuję, że będzie sobie siedział "roboczych". Bardziej mi chodziło o zapisanie tego, co czuję (jak w pamiętniku), żeby poukładać sobie wszystko w sobie.
A dzisiaj pomyślałam "czemu nie?", Może inni też mają takie problemy?
A może ktoś zna odpowiedzi na moje pytania?