sobota, 5 listopada 2016

Wspomnień o "hendmejdach" ciąg dalszy



W poprzednim poście wspominałam sobie, 
jak to było z urządzaniem wnętrz kilkadziesiąt lat temu.
Nawet nie przypuszczałam, że pamiętacie te czasy.
Sądziłam, że nosiłyście wtedy pieluchy ;)
Sklepy były puste, 
więc trzeba było sobie radzić samemu nie tylko z urządzaniem wnętrz,
ale także z ubiorami.
Niejako zmuszało nas to do kreatywności i oryginalności.
Dzisiaj więc dokumentuję w pamiętniku moich wytworów (którym jest ten blog) 
poczynania w tym zakresie.


Powyżej samodzielnie przeze mnie uszyta spódnica z kory z bawełnianą koronką.



A tu nie dość, że samodzielnie uszyta lniana spódnica,
to jeszcze dookoła wykonałam na niej haft.
Ot, taki płotek z kwiatkami :)



Potem coraz śmielej szyłam już całkiem skomplikowane sukienki.
Ta powyżej ma karczek z lamówką w kontrastowym kolorze i falbanką.
Całość dopasowana do talii, a dół z pełnego koła.
Sprawa była o tyle prosta, że mieszkając z siostrą pod jednym dachem
(która to siostra miała identyczne wymiary jak ja),
miałam na kim dokonywać przymiarek.
Bo przecież sama na sobie nie mogłam przymierzyć, 
dopasować, przyfastrygować itd.



A tu muszę się pochwalić - na ślub siostry uszyłam sobie spódnicę i żakiet.
Nieskromnie dodam, że chabrowa bluzka i malinowa sukienka to także moje wykony.

Dziś już nie dokonuję takich cudów,
bo po pierwsze: nie mam na kim dokonywać przymiarek
(siostra mieszka w innej miejscowości),
po drugie: maszyna w pewnym momencie odmówiła współpracy
(noszę się z zamiarem oddanie jej do serwisu, ale nie mogę się zebrać),
a po trzecie: w sklepach jest takie zatrzęsienie towaru, 
a na wyprzedażach i w sh można trafić takie fajne rzeczy 
po naprawdę okazyjnych cenach, że szkoda zachodu.
Maszyna w tej chwili służy mi do szycia prostych rzeczy: 
coś podłożyć, coś obrzucić, ewentualnie uszyć poszewkę na poduszkę.
Marzy mi się maszyna komputerowa,
taka co to sama nitkę nawlecze, 
dziurkę do guzika odpowiednich rozmiarów sama obrzuci, 
wyhaftuje co nieco.
Ale to może kiedyś, kiedyś...
Marzenia trzeba mieć :)

Pozdrawiam i do następnego (już nie wspominkowego) posta :)
Elli




13 komentarzy:

  1. Dla mnie szycie to czarna magia. Nie umiem, nie potrafię, nie mam cierpliwości. Zawsze podziwiam zdolności innych. Piękne te Twoje dzieła, dla mnie wręcz niewyobrażalne do wykonania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie "cierpliwość". To coś, czego teraz już mi brakuje (do szycia oczywiście).

      Usuń
  2. Piękne ciuszki uszyłaś. Maszyna komputerowa to i moje marzenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wierzę, że marzenia się spełniają :)

      Usuń
  3. mozesz dodać ,że szyło się spodnice z tak zwanej pieluchy i potem farbowano w garnku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat ja tej techniki nie stosowałam, więc nie za bardzo mam o czym pisać.

      Usuń
  4. Też to pamiętam, sukienki nie uszyłam, ale spódnicę z tetry owszem.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka kiedyś była konieczność. Ale moim zdaniem to było fajne :)

      Usuń
  5. Całe dzieciństwo chodziłam w swetrach sukienkach i spódnicach przez mamę szytych dzierganych i haftowanych To od niej nauczyłam się robótek ręcznych i jak tylko chwila jest to coś robię Nawet z maszyną mam pierwsze przygody
    Pozdrawiam serdecznie
    a ten płotek na spódnicy MEGA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie - nie wspomniałam o swetrach. Nie miałam ani jednego kupionego. Wszystkie sama sobie zrobiłam. A było ich sporo. A jak mi się jakiś znudził, to prułam i robiłam coś nowego :) Zajęcie bez końca!

      Usuń
  6. Hahhaah był lans - ja dorwałam kilka książek o wyszywaniu - niedługo pokażę na blogu są rozkoszne i podobne do Twoich.

    OdpowiedzUsuń