Miał ciekawy kształt, ale jego kolory dobijały mnie za każdym razem, gdy na niego spojrzałam.
Była tam ciemna zieleń nakrapiana czernią, złoty i czarny. Oczy bolały.
Miałam wrażenie, że jest tak ciężki, że któregoś dnia spadnie mi na głowę.
I ostatnio, gdy w Oazie zostałam na kilka dni sama,
bez wiedzy mojego M. po prostu go pomalowałam.
Moim zdaniem od razu nabrał lekkości - prawie fruwa pod sufitem :)
No, może trochę przesadzam :)
Pomalowałam go białą farbą, a następnie trochę tapowałam różnymi kolorami:
jasno-szarym, blado-różowym, błękitnym.
A jeszcze niedawno wyglądał tak:
Przyznam się Wam, że podczas mojego pobytu prawie nie wypuszczałam pędzla z rąk.
Aż mi się farby pokończyły.
Ale te prace dotyczyły trochę większych projektów,
więc pokażę je dopiero po całkowitym zakończeniu.
Ze względu na to, że nie bywam tam zbyt często, trudno mi określić, kiedy to nastąpi.
Mam nadzieję, że niedługo - muszę tylko zaplanować wyjazd z nowym zapasem farb.
Pozdrawiam wszystkich zaglądających
Elli
Piękna przemiana , brawo:)
OdpowiedzUsuńDziękuję :)
UsuńMoim zdaniem znacznie lepiej mu w nowej szacie. Ale w tle widzę trochę rzeczy, które warto przerobić. Czy to one wpadną pod Twój pędzel w następnej kolejności? :) buziaki :)
OdpowiedzUsuńM.
Ale oko! Na razie nic nie zdradzam, bo do malowania jest tyle, że sama nie wiem, za co się wziąć w pierwszej kolejności :)
UsuńPozdrawiam!
Metamorfoza na 6! Brawo :)
OdpowiedzUsuńŚciskam, M.
Dziękuję :) Ale cóż to za zmiana na przeciw Twoich pomysłów :)
UsuńPozdrawiam!